Jam jest kniaź, sokół, wilk, tur i żmij.
Herb mój znamienityj, boć jedyny,
jako wszystko, co we wszystkim,
i nic, co w jedności trwa.
Przemierzam bezkres nocy, przestrzeń rozpiętą między istnieniem a nicością. Moje skrzydła tną materię snu,rozgrzewają czas ogniem pradawnego żaru, a cień, co rzucam, zdaje się dłuższy od śmierci. Przede mną roztacza się wszechświat w agonii narodzin, w pulsującej ekstazie kreacji, w migotliwej iluzji rzeczywistości, której granice rozszczepiam jak pióropusz światła.
Ja. Jam jest. Początek i kres, który nie zna krawędzi. To, co było, i to, co dopiero się staje. W moich oczach odbija się tysiąc galaktyk, a każda z nich jest jednocześnie grobem i kołyską. W otchłani, którą przemierzam, migoczą węże pulsarów, kłębią się wieczne huragany mgławic, a głos światła tka symfonię narodzin. Jestem lotem, ruchem, ciepłem i chłodem. Tnąc przestrzeń skrzydłem, rozszczepiam ciszę.
Wiedziałem. Znałem. Przez trzewia nocy sączy się wstęga wiedzy, a ja ślizgam się po jej krawędzi, spijając mądrość zapisanych losów. Widzę światy, które pulsują jak rozszerzone źrenice bogów, pełne snów, których nie sposób wypowiedzieć. Każdy atom drży w świętym tańcu, każda chwila płonie w ekstazie i bólu jednoczesnym. Wśród roztańczonych planet, wśród gwiazd, co szepczą pradawne hymny, unoszę się jak obłok w strumieniu nieistnienia, przeszyty ogniem, którego nie zdoła ugasić czas.
Cisza. Istnienie i pustka splatają się w spirali, krążą wokół siebie, tańczą i walczą, aż wreszcie stapiają się w jedno. Przestrzeń drży w nieogarnionej pustce, a ja chłonę jej nicość, rozpościerając skrzydła w najczarniejszej otchłani. Jestem punktem na krawędzi bytu, wdechem, który nigdy nie stanie się wydechem, ostatnim pulsem wszechświata przed rozbłyskiem nowego stworzenia. Oto szczyt milczenia, oto koniec wszystkich szeptów i początek tego, co niepoznane.
Wielkie oko kosmosu, rozwierające się na granicy nocy i światła, spogląda na mnie. Gwiazdy pulsują w rytmie, który tylko umysł wyzwolony z materii potrafi pojąć. Krwawy Księżyc drży na nieboskłonie, a jego światło przesiąknięte jest obietnicą zmartwychwstania. Jowisz i Uran splatają dłonie, wymieniając sekrety epok, podczas gdy Merkury otwiera ścieżki do ukrytych krain umysłu. Jestem tym, co przemierza korytarze między światami, tym, co widzi to, czego inni nie dostrzegą, tym, co zna rytm rzeczy i nie-rzeczy.
Jam jest Rarog, który przecina aksamit wszechświata, zatopiony w wiecznej psychodelii. Jestem płomieniem w otchłani, krzykiem w milczeniu, cieniem wśród światła. Niebo pęka pod moimi szponami, rozlewa się oceanem czerni, a ja zanurzam się w nim jak prorok w głębinach wizji.
Nie ma początku. Nie ma końca. Jest tylko lot.
ⰀⰂⰞ


